2 lutego 2020

Niedziela, IV Tydzień zwykły
Rok A, II

Święto ofiarowania Pańskiego

Nie zapomnij!

Weź udział we Mszy św.

Jesteśmy Jego świątynią!

Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela (Łk 2,29–32).

Wydarzenie, które dzisiaj wspominamy, ma wielkie znaczenie symboliczne. Jest proroctwem, jednocześnie będąc wypełnieniem proroctw Starego Testamentu. Pierwsze czytanie z Proroka Malachiasza zapowiada przyjście Pana do swojej świątyni:
"Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów. Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, gdy się ukaże?" (Ml 3,1n).
Zauważmy, że zupełnie inaczej brzmi ta zapowiedź, a inaczej wygląda jej wypełnienie! Malachiasz zapowiada ostateczne ukazanie się Pana i stąd klimat sądu i wprowadzenia ostatecznego ładu królestwa Bożego. Ofiarowanie, a właściwie, jak pisze św. Łukasz: przedstawienie Jezusa w świątyni, już jest proroczą zapowiedzią, ale w bardzo skromnym wyrazie przez znikomość samej sceny. Nie towarzyszą jej jakieś wielkie zewnętrzne znaki. W świątyni spotykamy dwie postacie: starca Symeona, który głosi prorocze słowa, i prorokinię Annę. Ale grono ludzi, którzy słyszą ich głos, jest niewielkie i zapewne nawet ich słowa nie trafiają do uszu kapłanów świątyni. Zatem wydarzenie w wymiarze ludzkim nie ma wielkiego znaczenia.
Tym bardziej dziwi swoista dysproporcja pomiędzy tym niewielkim w ludzkim rozumieniu wydarzeniem a wielkością słów Symeona. Oto ogłasza, że ujrzał: „zbawienie, które Bóg przygotował wobec wszystkich narodów”. Zbawienie to ma charakter uniwersalny, obejmuje wszystkie narody, czyli cały świat.
Zawsze zdumiewa to spojrzenie Symeona. Jakie trzeba mieć oczy, by w tym małym dziecku zobaczyć „zbawienie świata”? Ewangelista mówi, że powiedział to pod natchnieniem Ducha Świętego. Tak, ale aby odczytać to natchnienie, aby je przyjąć i wypowiedzieć, trzeba było mieć duże doświadczenie w przyjmowaniu świateł Ducha w swoim życiu.

Pamiętamy z Kazania na Górze błogosławieństwo, które wypowiada Pan Jezus: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8). Symeon był człowiekiem czystego serca. Ewangelista mówi co nieco o tym, jak się do tego dochodzi, opowiadając o prorokini Annie:
"Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą." (Łk 2,36n).
Może nas przerażają te słowa. Czy trzeba stale pościć i modlić się, by po wielu latach uzyskać ową czystość serca? To jest możliwe jedynie dla zakonnic i zakonników! Tak myślano przez wiele wieków. Ale słowa Ewangelisty nie znaczą, że Anna nieustannie przebywała w świątyni. Musiała przecież z czegoś żyć. Nikt jej nie dawał za darmo jedzenia i miejsca na spoczynek. Nie chodzi o stałe przebywanie w świątyni, ale o nastawienie serca, o to, co w tym sercu jest najważniejsze. Czy troski tego świata nas przygniatają i Pan Bóg istnieje dla nas jedynie na marginesie zwykłego życia, czy rzeczywiście jest on w centrum i ku Niemu jest wszystko skierowane?

Dla Żydów fundamentem ich wiary była żywa więź z Bogiem. Codziennie pobożny Izraelita odmawia modlitwę:
"Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił" (Pwt 6,4).
Pamiętamy, że Pan Jezus przypomniał nam tę zasadę w tak zwanym podwójnym przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Najczęściej myślimy przy tym o moralnym zobowiązaniu, jakie z tej zasady wynika. Ale przecież najważniejszy jest w niej sam duch, dynamizm życia. Prawda wewnętrzna, że Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym i dalej, że mamy Go miłować z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. I ten dynamizm prowadzi nas zarówno ku wypełnianiu przykazania miłości, jak i, co jest ważniejsze (!), do wejścia z Nim w całkowitą zażyłość, która pozwala rozpoznawać Jego obecność nawet w tak małym dziecku, w tak znikomym wydarzeniu pozbawionym zewnętrznego splendoru. Wtedy otrzymujemy inne oczy do patrzenia i uszy do słuchania, aby umieć widzieć prawdziwą rzeczywistość.

W tym czasie, kiedy przyniesiono Dzieciątko Jezus do świątyni, aby wypełnić przepisy Prawa, na świecie działy się wielkie sprawy związane z cesarzami, królami, polityką, wojnami... Jednak z tamtych wydarzeń niewiele zostało do dzisiaj. Co o nich dzisiaj wiemy, jakie mają one dla nas znaczenie? Jakie znaczenie mają ci „wielcy” ludzie? Po wiekach stali się jedynie tłem tego jednego wydarzenia, jakim było przyjście na świat Syna Bożego i Jego dzieło zbawienia. I musimy pamiętać, że to samo odnosi się do naszych czasów. Co pozostanie po latach z wielkiej polityki, potężnych postaci, sławnych ludzi? Chyba notatki w podręcznikach historii. A co naprawdę dla nas zostanie? Spotkanie z Bogiem. I tylko to naprawdę się liczy.
Przykazanie miłości Boga z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił jest największą mądrością, prawdziwym realizmem życia. Cóż ważniejszego dla nas?!

Niepozorność sytuacji z dzisiejszej Ewangelii daje nam jednak więcej, niż gdyby był to jakiś wielki, tryumfalny wjazd Władcy do świątyni. Wskazuje, że Pan Jezus nie przyszedł, aby podbić świat siłą, ale przyszedł do każdego, kto prawdziwie chce Go przyjąć. Zbawienie nie dokonuje się przez zewnętrzne wydarzenia, wielkie dokonania w wymiarze społecznym, politycznym... Ono dokonuje się w sercu każdego z nas. Symeon mówi za siebie, mówi o tym, co sam zobaczył i co zaszło w jego sercu. Ale jest to jednocześnie dla nas świadectwo i zachęta, abyśmy doszli do czegoś podobnego. Bóg zawsze wzywa i zachęca: „Jeżeli chcesz, to chodź!”. Ale zawsze: „jeżeli chcesz”. Pan Jezus przychodzi tak blisko! Jego żłobek w stajence jest miejscem, gdzie może przyjść każdy, bez wyjątku. Nie trzeba przechodzić przez zamykane wrota, kontrole, jedynie za zaproszeniami czy kartami wstępu, o które trzeba walczyć. Wszedł w nasze zwykłe życie, stał się jednym ze zwykłych ludzi. Dopiero po 30 latach się ujawnił. To wszystko po to, byśmy wiedzieli, że jest blisko każdego z nas i byśmy nie bali się przybliżyć do Niego. Podczas Jego publicznej działalności każdy mógł do Niego podejść. Nie robił żadnej selekcji. A zostawiając się nam w Eucharystii, stał się Chlebem, pokarmem każdego człowieka, który Go pragnie.
Oto dzisiaj wspominamy wniesienie Syna Bożego do świątyni, ale jednocześnie przeżywamy Jego przyjście do nas w postaci chleba i wina, abyśmy się stali Jego świątynią. Jesteśmy Jego świątynią! Tym samym możemy nieustannie przebywać w Jego świątyni. On nam daje tę wielką szansę. Od nas zależy, czy ten znak stanie się prawdą w naszym życiu, czy skorzystamy z Jego zaproszenia.

Fragment książki „Rozważania liturgiczne. Tom 1 (Adwent i Boże Narodzenie)”

Włodzimierz Zatorski OSB